01 October 2009 @ 07:18 pm
fic: świtezianka (spn, dean, sam)  
Tytuł: Świtezianka
Fandom: Supernatural
Characters/pairing: Dean, Sam (Dean/Cassie, Sam/Jessica), OCs
Spoilers: 1.13 Route 666
Wordcount: 4 541 słów
A/N: pisane dawno temu na pojedynek z [livejournal.com profile] akinnore na Forum Mirriel. dedykowane [livejournal.com profile] zaleszczotek. autorka przyznaje się do niemal kompletnej nieznajomości realiów na Białorusi w chwili pisania tekstu.



Świtezianka



I. Sen


1.

Wiatr rozwiewa oświetlane srebrnym blaskiem księżyca włosy. W oczach błyszczą gwiazdy.

Jeden krok. Stop. Rosnące nad jeziorem kwiaty mają kolor oczu Nadii.

Biała, cienka sukienka jest mokra i ciasno przylega do ciała.

Drugi krok. Stop. Nadia ma włosy tak miękkie jak mech pod jego stopami.

Jezioro faluje w rytm jej lekkich kroków, wydaje się czekać na jej rozkaz.

Trzeci krok. Stop. Słowik śpiewa tak słodko jak Nadia.

Uśmiecha się zachęcająco.

Czwarty krok. Piąty. Kim była Nadia?


*

maj 2003, Strouds Run State Park, Ohio

Noc była jedną z tych, w które baśniom ofiarowuje się szczęśliwe zakończenia: księżniczki zostają odczarowane, czary złych wiedźm tracą moc, a książęta zakochują się w pięknych dziewczynach. Gwiazdy świeciły jaśniej niż zwykle i Dean pomyślał, że jest za dobrze, żeby miało tak pozostać. Miał cholernie złe przeczucie, a jednak uparcie szedł za Cassie i nie potrafił zdobyć się nawet na puszczenie jej dłoni, więc o zawróceniu nie mogło być mowy. Nie mógł nawet udawać, że nie wie, dlaczego zgodził się na tę wycieczkę. Ona chciała. I tyle. Nic więcej nie miało znaczenia.

(- Kochasz mnie, Dean?
- Tylko ciebie.)

Ojciec nie patrzył na te spotkania przychylnie i wyraźnie dał mu to do zrozumienia. Cassie miała dom, rodzinę, studia, marzenia, przyszłość i nie była dziewczyną odpowiednią dla jego syna, dla łowcy. A raczej to on nie był odpowiednim dla niej facetem. Dwie awantury wystarczająco jasno wyraziły zdanie ojca. Dla Deana nie było nic ważniejszego. A jednak nie przestał widywać się z Cassie. A jednak szedł teraz za nią nad migoczące w oddali jezioro, jakby wyjęte z bajki o Księżniczce Łabędzi. I tylko jego łabędź był czarny.

(- Jestem łowcą, Cassie.
- Myśliwym? Polujesz na… zwierzęta?
- Nie. Na duchy.)

Gwiazdy szybko znikają, a z brzegu jezioro przypomina czarną dziurą. Drzewa stają się powracającymi w snach upiorami, a wiatr chichotem diabła. Kocham zmienia się w żegnaj, noc spełnionych marzeń w noc koszmarów.

(- Jesteś wariatem, Dean. Odejdź.)

*

maj 2008, Nowogródek, Białoruś

Dean czuł się tak, jakby tej nocy w ogóle się nie kładł. Głowa go bolała, a oczy za nic nie chciały się otworzyć. Pewnego dnia zabije Sama za jego pomysły, a zwłaszcza za tę wycieczkę. Wakacje, tak. Nawet długie wakacje za granicą. Przecież sam tego chciał, prawda? Ale myślał raczej o jakimś nieco bliższym miejscu, a nie o końcu świata. Tym drugim na dodatek.
Z trudem zwlókł się z łóżka i uchylił jedno oko. Sam spał jak zabity, a leżąca na podłodze pusta butelka sugerowała, że szybko się nie obudzi. Przez chwilę Dean zastanawiał się, czy nie położyć się z powrotem, ale w końcu wygrała ciekawość. Skąd Sam miał ponad czterdziestoprocentowy alkohol i z kim go wypił? Bo sam tego raczej nie dokonał, a on przecież nie brał w tym udziału. Po wczorajszej podróży spał jak zabity.
Do Nowogródka przyjechali nocą. Zaparkował Impalę przed ponuro wyglądającym pensjonatem i przetarł zmęczone oczy, stwierdzając w duchu, że powinien jednak oddać Samowi kierownicę te sto kilometrów wcześniej. Miasteczko wyglądało upiornie. Niebo zasnuwały ciężkie chmury, z których ostro siekł deszcz. Panowała nienaturalna wręcz cisza, jedynymi dźwiękami było upiorne wycie wiatru, skrzypienie starych okiennic pensjonatu, uderzanie deszczu o szybę i jakby ciche mamrotanie, które Dean uznał za szelest liści, albo podzwanianie wiatru w jakiejś porzuconej butelce. Pogoda niczym wyjęta z jakiegoś pieprzonego horroru, pomyślał, wchodząc do pensjonatu.
Chwała Bogu, recepcjonistka mówiła trochę po angielsku. Przedstawili się, z przyzwyczajenia wymyślając jakąś tandetną historyjkę, tym razem o poszukiwaniu swoich korzeni. Kiedy tylko drzwi pokoju zamknęły się za nimi, Dean rzucił się na łóżko i zasnął, zanim jeszcze jego głowa dotknęła poduszki.
Po szybkiej toalecie i jeszcze szybszym śniadaniu Dean wyszedł rozejrzeć się po miasteczku. W recepcji stał chudy, na oko dziewiętnastoletni chłopak i taksował go wygłodniałym spojrzeniem. Dean skrzywił się z niesmakiem i ruszył do drzwi. Na zewnątrz siąpił deszcz, wiał wiatr i miasto nadal wydawało się wymarłe. Dean znowu zaczął się zastanawiać, po jaką cholerę Sam go tu przyciągnął. Zagadka rozwiązała się, kiedy w parku spotkał staruszkę o siwych włosach i szarych oczach tak jasnych, że prawie białych. Spacerowała pod ogromnym, parasolem, który mógł się być równie stary jak ona. Nie mówiła po angielsku. A jednak Dean poznał jej historię.

(Miała na imię Nadia i pięćdziesiąt lat temu straciła narzeczonego.)


2.

Ma jasną skórę, jaśniejszą nawet niż płatki spadającego na jezioro śniegu.

Pierwszy krok. Stop. Jekaterina ma skórę tak samo jasną i gładką jak wypolerowany mosiądz.

W jej złote włosy księżyc wplata pasemka srebra, mieszka w jej błękitnych oczach.

Drugi krok. Stop. Jekaterina ma włosy złote jak blask słońca i oczy błękitne jak niebo o poranku.

Jej uśmiech potrafi skruszyć mury i roztopić lodowce.

Trzeci krok. Stop. Uśmiech Jekateriny sprawia, że nic innego nie ma znaczenia.

Jej delikatna dłoń dotyka jego ramienia. Drobne paluszki są delikatniejsze od jedwabiu.

Czwarty krok. Piąty. Kim była Jekaterina?


*

maj 2004, Palo Alto, Kalifornia

Zachody słońca nad Lake Lagunita zawsze przyciągają sporą liczbę studentów. Pomarańczowe słońce zabarwia gładkie wody jeziora i wydaje się, że zanurzasz palce w płynnym złocie. Sam nie widział w tym nic specjalnego, ale Jess uwielbiała te wieczorne spacery po plaży. Często udawała, że poza nimi nie ma tam nikogo innego. Zresztą, zwykle zostawali tu do późnej nocy, kiedy zamiast złota w jeziorze płynęło srebro, a piasek powoli chłódł pod ich nagimi ciałami.

(- Kochasz mnie, Sam?
- Tylko ciebie.)

Sam nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Marzenia o normalnym życiu nigdy nie wychodziły poza granicę ukończenia studiów i posiadania zwyczajnej pracy, bez upiorów, zjaw i ciągłego przemieszczania się. Nigdy nie marzył, że spotka kogoś takiego jak Jessica, kto zaakceptuje go bez zastrzeżeń, nie będzie wypytywał, skąd pochodzi, dlaczego nie rozmawia z bratem, kim jest jego ojciec, dlaczego sypia z nożem pod poduszką, a na parapecie rozsypuje sól.

(- Jestem… studentem.
- A poza tym?
- Sobą.)

Nocą jezioro jest piękne. Odbijają się w nim gwiazdy, a księżyc przemienia wodę w srebro. Chłodny wiatr daje wytchnienie po upalnym dniu. Jezioro jest jednym z tych snów, podczas których Sam się uśmiecha. Drzewa wokół szumią przyjemnie, a piasek wesoło chrzęści pod stopami, tworząc miękką harmonię ze śmiechem Jess.

(- Sam, obiecaj, że zostaniesz.)

*

maj 2008, Nowogródek, Białoruś

Po ekranie laptopa leniwie przesuwał się kursor myszki. Co jakiś czas w pokoju rozlegało się ciche kliknięcie, kiedy Sam naciskał przycisk, żeby zminimalizować okno przeglądarki, albo sprawdzić coś w bazie danych. Na stole stał kubek z mocną, gorzką kawą i dwie butelki – pełna – z wodą mineralną – i pusta – po miejscowym specyfiku, który wczoraj wypił w towarzystwie recepcjonistki.

(Miała na imię Jekaterina i pięć lat temu straciła chłopaka.)

Sam jeszcze raz półprzytomnie spojrzał na ekran, po czym zamknął laptopa, wypił łyk kawy, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie i rzucił się na łóżko, kryjąc głowę w poduszce. Zwyczajowe nigdy więcej zostało stłumione przez pościel i głośny trzask zamykanych z rozmachem drzwi. Sam jęknął.
- Dzień dobry, śpiąca królewno – powiedział Dean głosem ociekającym słodyczą. Sam nie zaprotestował. – Mam nadzieję, że się wyspałeś, bo mam do ciebie kilka pytań. – Sam nieco się zaniepokoił, usiadł więc na łóżku i spojrzał na brata, usiłując ustawić odpowiednią ostrość widzenia. – Po pierwsze, Sammy, bracie mój, po co tłukliśmy się przez Atlantyk i całą Europę, żeby dotrzeć do tej dziury?
- Bo… chciałeś wakacji? – zapytał ostrożnie Sam. Właściwie mógł nie pytać. Już wiedział, o co chodziło Deanowi.
- Chciałem Wielki Kanion – przypomniał bezlitośnie Dean. – Zła odpowiedź. – Sam westchnął i przejechał dłonią po włosach. – Drugie pytanie. Słyszałeś wczoraj takie ciche dzwonienie? – Sam pokręcił głową. – Jakby cichy śpiew? Nie? Ja słyszałem. Podobno to śpiew jakiejś pieprzonej Świtezianki, cokolwiek to jest. – Zapanowała cisza. Dean wpatrywał się wyczekująco w Sama, a Sam za wszelką cenę starał się uniknąć patrzenia na Deana. – Wiesz, co to jest, prawda? I właśnie z powodu tej cholernej Świtezianki mnie tu przywlokłeś. Zabiję cię, Sam. Któregoś pięknego dnia zamorduję cię własnymi rękami.
Sam bąknął coś w rodzaju przepraszam i spojrzał na Deana swoim wzrokiem zranionego szczeniaka. Dean zaklął, wstał z krzesła i podał Samowi kubek z niedopitą kawą.
- Coś ty w ogóle w nocy robił? I skąd wytrzasnąłeś ten alkohol?
- Kupiłem w barze. Rozmawiałem z recepcjonistką, chciałem się czegoś dowiedzieć. Całkiem miło się nam przy tym rozmawiało, tylko teraz cholernie boli mnie głowa.
- I co ci powiedziała nasza śliczna recepcjonistka? Swoją drogą, wolę ją, niż tego młodego, który jest teraz. – Dean się wzdrygnął. – Patrzy na mnie, jakby chciał mnie przelecieć.
- Jak kobiety tak na ciebie patrzą, to ci to nie przeszkadza.
- Kobiety to co innego. Dobra, Sammy, co to jest Świtezianka i dlaczego zżera tylko mężczyzn. Przypuszczam, że to nie jest zwykła Kobieta w Bieli? Nie? Tak właśnie myślałem. A więc?
- Wiem, że to szalone, Dean… – zaczął Sam, zrywając się z łóżka i dopadając laptopa.
- Chcesz powiedzieć, że tak w ogóle szalone, czy szalone nawet jak na nas? – przerwał mu Dean.
- Nawet jak na nas. Polowałeś kiedyś na rusałkę?

3.

Jej skóra jest gładka, a osiadłe na niej krople wody lśnią w świetle księżyca niczym diamenty.

Pierwszy krok. Stop. Przysięgał Galinie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

Usta wydają się słodkie i pełne, niczym dojrzałe owoce rosnących nad jeziorem malin.

Drugi krok. Stop. Przysięgał Galinie, że będzie z nią w zdrowiu i chorobie, na dobre i na złe.

Jej stopy są maleńkie i tylko muskają powierzchnię milczącego jeziora, kiedy powoli rusza w jego stronę.

Trzeci krok. Stop. Przysięgał Galinie, że jej nie opuści aż do śmierci.

W jej oczach jestobietnicę Raju.

Czwarty krok. Piąty. Kim była Galina?


*

maj 2005, okolice Nowogródka, Białoruś

Jezioro było piękne. Nigdy nie widziała czegoś równie wspaniałego. Spokojna, niczym niezmącona powierzchnia wody była niczym lustro, w którym historia zaklęła niezgłębione tajemnice, w którym przeglądały się wiekowe drzewa – jedyni świadkowie tych tajemnic. Światło księżyca delikatnie muskało jej odsłonięte ramiona, kiedy tak kroczyła boso po mokrym od rosy mchu w stronę przyzywającego ją hipnotycznego śpiewu. I tylko cichy głosik w głowie ostrzegał ją, że powinna zawrócić.

(- Kochasz mnie, Ilja?
- Tylko ciebie.)

Biała sukienka opadła lekko na trawę, a stojąca tuż obok kobieta – tak doskonała jak księżyc, gwiazdy i wody jeziora – uśmiechnęła się z aprobatą. W jej oczach cierpienie mieszało się z obojętnością. Wiera zdmuchnęła lekko płomień świecy. Księżyc spowił jej serce w lód, a kobieta dotknęła zimną dłonią jej czoła. Pocałowała ją, a jej usta były miękkie, delikatne i lodowate.

(- Wyjdziesz za mnie, Wiera?
- Kocham cię, Ilja.
- Nigdy cię nie opuszczę.)

Jezioro jest teraz wszystkim, co ma. Biała suknia jest mokra i Wiera wie, że już nigdy nie wyschnie, że nigdy nie wróci do życia, że na ląd zejdzie dopiero, kiedy znajdzie dziewczynę, która ją zastąpi. Teraz już nic nie ma znaczenia, bo wie, że nawet tu nie odnajdzie Ilji. Będzie zwabiać kolejnych mężczyzn i zmuszać ich do zdrady, aż drzewa staną się upiorami, a jezioro więzieniem, którego nie będzie mogła opuścić nawet we śnie, bo przecież nie będzie już śniła. Zanurza się w jezioro, patrząc jak tamta odchodzi w dal, niosąc jej wianek z białych kwiatów.

(- Pójdę za tobą wszędzie, Ilja.)

*

maj 2008, Nowogródek, Białoruś

- Rusałka… To najbardziej chora sprawa jaką kiedykolwiek mieliśmy.
Szli przez miasteczko. Deszcz nadal siąpił i ciągle zdawało się, że są w jakimś mieście duchów. Sam pokazał Deanowi wszystkie dane, fotografie, ryciny, relacje, które udało mu się zebrać. Były wśród nich nawet romantyczne ballady jakiegoś polskiego poety, którego nazwiska nawet nie potrafił wymówić. Dean, chociaż wcale nie miał ochoty rozwiązywać kolejnej sprawy, a tym bardziej wierzyć w rusałki, w końcu się poddał. Zresztą, przypomniał sobie, że ostatnio dziwnie się czuł. Im bliżej byli Nowogródka, tym gorzej spał, częściej śniły mu się koszmary, był zmęczony i przewrażliwiony. Pole elektromagnetyczne wariowało. EVP w kieszeni świeciło i dzwoniło bez przerwy, zupełnie jakby miasto było pełne duchów.
- Jak dowiedziałeś się o Świteziance?
- Spotkałem Nadię.
- Nadię?
- Nadię. Cholera, jak na nią patrzyłem, miałem ochotę spieprzać, gdzie mnie nogi poniosą. Uch, – skrzywił się – było w niej coś takiego, że chyba wolałbym sam egzorcyzmować rozszalałego demona.
- A co to było? Miała rogi? Zionęła ogniem?
- Nabijasz się ze mnie?
- Ja?
- Tak, ty, Judaszu jeden. Nie, nie zionęła ogniem. Była zwykłą staruszką, której odbiło po tym, jak jej mąż zniknął pięćdziesiąt lat temu. Świdrowała spojrzeniem, miała skrzypiący głos i koniecznie chciała, żebym został na herbatce. Właściwie chętnie pogadałbym sobie z nią jeszcze raz i sprawdził ją pod kątem nadnaturalności.
- Myślisz, że…
- Nie wiem, Sam. Czasami zdawało mi się, że siedzi przede mną młoda kobieta. Albo ja oszalałem, albo z Nadią jest coś nie tak. Sam przecież mówiłeś, że te rusałeczki porywały dziewice i zmuszały je, żeby do nich dołączyły. Może porywały nie tylko dziewice? A czego dowiedziałeś się od recepcjonistki?
- Straciła chłopaka trzy lata temu, chce wyjechać na studia do Moskwy i zostać żoną prezydenta.
- Sam…
- Powiedziała, że w tym mieście nie ma chyba rodziny, w której nie zniknąłby jakiś mężczyzna. I jak tak sobie teraz pomyślę, to w jej oczach było coś dziwnego.
- Ślicznie. Chodźmy nad to jez… Sam, widziałeś?
Dean ruszył szybko przez park. Na końcu uliczki mignęła dziwna postać. Zdawało mu się, że była ubrana w białą suknię, a na głowie miała wianek. Biegli rozbryzgując wodę z wszechobecnych kałuż. Kiedy już mieli zrezygnować z poszukiwań, zza drzewa wyłoniła się około czterdziestopięcioletnia kobieta. Miała jasną cerę i błękitne oczy, włosy w nieładzie i ten sam błysk w oczach, który Dean zaobserwował u staruszki Nadii, a Sam u recepcjonistki. Pole elektromagnetyczne szalało.

(Miała na imię Galina i dwadzieścia trzy lata temu straciła męża.)

II. Nie-sen


1.

Jezioro faluje lekko, a na jego środku tworzy się maleńki wir, który z każdą chwilą się powiększa.

Złotowłosa panna uśmiecha się do liści nenufarów i powoli zmierza ku powierzchni.

Otaczające jezioro drzewa szepczą zaklęcia i modlitwy, drżą już nie od wiatru, lecz ze strachu.

Złotowłosa panna ma zielone oczy, w których zaraz odbije się światło księżyca.

Chmury rozstępują się i nad jeziorem przestaje padać deszcz. Księżyc kokieteryjnie przegląda się w falującej tafli.

Złotowłosa panna wynurza się z wody. Biała sukienka kusząco przylega do ciała.

Wiatr cichnie i już tylko strach porusza gałęziami drzew.

Złotowłosa panna czeka.


*

maj 2008, Nowogródek, Białoruś

Dean i Sam postanowili obejrzeć sobie Jezioro Świteź z bliska. Pojechali do lasu i zostawili Impalę we w miarę suchym miejscu, dalej poszli pieszo. Zabrali ze sobą jedynie pistolety ze srebrnymi kulami, które mogły okazać się kompletnie bezuzyteczne – nadal nie mieli pojęcia, jak właściwie można zabić rusałkę. Stare podania nie były w tym miejscu dokładne. Co prawda wiele z nich mówiło o śmierci rusałki, ale już o sposobie jej uśmiercenia zgodnie milczały. Dean czuł przez skórę, że wydarzy się coś niedobrego, coś w czym wcale nie chciałby brać udziału. Zerkał nerwowo na boki w poszukiwaniu czegoś podejrzanego i wsłuchiwał się w dziwne mruczenie, przebijające się przez szum deszczu.

(- Słyszałeś tę melodię, Sam?
- To tylko wiatr, Dean.)

Odwiedzili wcześniej staruszkę Nadię, ale jej nie zastali. Przepadła jak kamień w wodzie, a sąsiedzi nie mieli pojęcia, o kogo właściwie chodzi. Przecież w tym domu od pięćdziesięciu lat nikt nie mieszkał. Weszli do środka w swój zwykły sposób. Mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej niż rano, kiedy był w nim Dean. Tapicerka starych foteli była wypłowiała i przeżarta przez mole, kredensy i stoły były zakurzone, szkło rozbite. I tylko stara fotografia w ciężkiej, ozdobnej ramce wyglądała tak samo.

(- Nie odbiło mi, Sam.
- Wiem, Dean.
- Kim ona jest, do cholery?)

Drzewa zaczęły się przerzedzać, a jednocześnie wydawały się jakieś inne – słabsze, zbite w grupki, drżące, mimo że wiatr nagle ucichł. Sam czuł ich niepokój i wreszcie usłyszał melodię, o której mówił Dean. Była cicha i kusząca, miała w sobie obietnicę spełnienia życzeń. Sam wiedział, że życzenia się nie spełniają. Ale w tej melodii było coś, co przypominało Jessicę.

(- Śniła mi się dzisiaj Cassie, Sam.)

*

Nad jeziorem nie padał deszcz. Księżyc przeglądał się w gładkiej tafli i drwił z drżących drzew. Właściwie jezioro nie wyglądało tak, jak powinno i Sam pomyślał, że czas się cofnął. Był w Kalifornii.

(Jess uśmiechała się do niego jak wtedy, gdy pierwszy raz ją pocałował.)

Złotowłosa panna delikatnie stąpa po jeziorze. Nie spieszy się. Jest pewna zwycięstwa.

Nad jeziorem nie wiał wiatr. Tylko liście na drzewach poruszały się chyba z przyzwyczajenia. Ale drzewa były upiorami, a jezioro znów zmieniło się w czarną dziurę i Deanowi zdawało się, że znowu jest w Ohio.

(Cassie miała tak samo błyszczące oczy i skórę tak gładką, jak wtedy, gdy kochali się po raz pierwszy.)

Złotowłosa panna przygląda się z zaciekawieniem. Powoli wychodzi na brzeg i uśmiecha się lekko.

Piasek jeszcze nie wystygł. Woda znowu była srebrem, a gwiazdy były diamentami rozsianymi na bladej tafli jeziora. Znowu szli trzymając się za ręce. I czas się zatrzymał.

(A Jess pogładziła go po dłoni i wtuliła twarz w jego tors.)

Złotowłosa panna gładzi dłoń Sama i już wie, że jest jej.

Znowu zgasły gwiazdy, a wiatr zawył potępieńczo. Deanowi zdawało się, że jezioro przyzywa go, wciąga, by pochłonąć go i na wieki zamknąć w swej lepkiej, ciemnej toni. I pomyślał, że to był zły wybór.

(A Cassie znowu powiedziałaby odejdź i nazwałaby go wariatem.)

Złotowłosa panna jest zajęta Samem i nie widzi krótkiego błysku bólu w oczach Deana. Nie wie jeszcze, że tym razem przegrała.

Sam ciągle był w Kalifornii. Jezioro hipnotyzowalo go, a piasek zachęcająco chrzęścił pod stopami. Jess ciągle go przytulała, a Dean uderzał go w ramię. Dean? W Kalifornii?

(Jess pocałowała go najdelikatniej jak umiała, a jej pocałunek był wszystkim. I niczym.)

Złotowłosa panna stara się przeszkodzić Deanowi, ale wie już, że jest za późno.

- Sam, nie jesteś w Kalifornii! Sam, obudź się, proszę! – Dean szarpał Sama i próbował nie zwracać uwagi na kobietę, która wyglądała jak Cassie, ale nią nie była. Nie chciał widzieć drzew-upiorów i księżyca-złodzieja marzeń. – Sam, do jasnej cholery, to tylko pieprzona Świtezianka, nie Jass!
Sam zrozumiał, przypomniał sobie, że życzenia się nie spełniają, Jess umarła i nie wróci, i spojrzał na rusałkę. Już nie wyglądała jak Jessica. W jej uśmiechu nie było ciepła, a w oczach błyszczał lód.
- Wiemy, jak ją pokonać? – zapytał Dean. Sam pokręcił przecząco głową. – To spieprzamy stąd. Nie chcę skończyć jako topielec.
- Skąd wiedziałeś? – zapytał Sam, kiedy wchodzili między drzewa. Dean nie odpowiedział.

(Gdyby była Cassie, nie powiedziałaby zostań.)

Złotowłosa panna rzuca na wiatr przysięgę. Dean musi być jej.

2.

W Nowogródku nie pada już deszcz. Wiatr powoli rozpędza chmury, a księżyc nieśmiało próbuje przebić się przez nie.

Staruszka Nadia wolno przechadza się po drodze wylotowej z miasta, z niepokojem obserwując horyzont.

Wiatr przynosi ze sobą cichą melodię, triumfalny śmiech, aż w końcu przysięgę, którą usłyszał nad jeziorem.

Staruszka Nadia wie, że Jej przysięgi zawsze się sprawdzają.

Księżyc znów skrywa się za chmurami, wiatr wyje potępieńczo, a deszcz znowu obmywa splamioną ziemię.

Staruszka Nadia wie, że przybysze są jedyną nadzieją i boi się, że mogą nie wrócić.

Na horyzoncie majaczy ciemny kształt, przez szum deszczu przebija się ryk silnika.

Staruszka Nadia oddycha z ulgą.


*

Pięćdziesiąt lat temu miała na imię Nadia. Była piękna i wkrótce miała wyjść za mąż. Suknia ślubna wisiała w szafie, przyjęcie było przygotowane, kwiaty zamówione. Zamiast tego, rankiem w dniu, który miał być najszczęśliwszym dniem jej życia, rozeszła się wieść, że pan młody zniknął. A wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Rozpacz i miłość popychają do zdrady. Rankiem dzień po dniu, który miał być najszczęśliwszym dniem jej życia, matka Nadii znalazła jej ślubny wianek leżący pod drzwiami kościoła. Nadia była Świtezianką przez dwadzieścia siedem lat.

(- Wiedziałem, że rusałki nie istnieją.
- Przecież te kobiety zmieniają się w rusałki, Dean.)

Dwadzieścia trzy lata temu miała na imię Galia. Była szczęśliwą żoną i spodziewała się pierwszego dziecka. Wszystko było przygotowane: kołyska, ciuszki, zabawki. Mieli być idealną rodziną. Zamiast tego, rankiem w dniu, w którym miała stać się matką, miasto obiegła wieść, że jej mąż zniknął. A wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Rozpacz i ból były nie do zniesienia. Urodziła dziewczynkę. Rankiem dzień po dniu, w którym miała stać się matką, na szpitalnym łóżku znaleziono wieniec z białych kwiatów. Galia była Świtezianką przez dwadzieścia lat.

(- Czyli jak? Kiedy jakaś kobieta decyduje się zostać Świtezianką, poprzednia przestaje nią być?
- Nadia była Świtezianką, już nie jest, ale też nie żyje naprawdę.
- Życie między światami?)

Jekaterina pięć lat temu kończyła liceum i miała wspaniałego chłopaka. Studiował prawo w Mińsku. Po jej maturze miał poprosić ją o rękę. Wszystko było już przygotowane, pierścionek był kupiony, stolik w restauracji zarezerwowany. Zamiast tego, rankiem w dniu, który miał spełnić jej marzenia, w mieście gruchnęła wieść, że jej chłopak zniknął. A wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Miłość i rozpacz popychają ludzi do różnych czynów. Dzień po dniu, który miał spełnić jej marzenia, sąsiedzi widzieli ją w kościele. Jekaterina nie została Świtezianką. Dwa lata później została nią jej najlepsza przyjaciółka, Wiera, uwalniając matkę Jekateriny.

(- To ostatnia Świtezianka, z którą pracujemy, Sam.)

*

Wrócili nad jezioro następnego wieczoru. Tym razem mieli ze sobą srebrne noże. Sól nie zadziała – Świtezianka nie jest demonem. Srebrne kule – nie jest wilkołakiem. Woda święcona – już nie raz próbowano poświęcić jezioro. Właściwie nie byli pewni, czy cokolwiek zadziała, a staruszka Nadia dała im tylko jedną wskazówkę. Imię.
Czary Świtezianki działały już od dawna. Tej nocy Dean znowu śnił o Cassie i tamtej chwili, kiedy zdecydował, że nie potrafi jej okłamywać, kiedy powierzył jej swoją największą tajemnicę, a ona po raz kolejny nazwała go wariatem. To nie był dobry wybór, ale najwidoczniej Świtezianka mogła tylko podsuwać wspomnienia związane z miłością i jeziorem, nie mogła ich udoskonalać, a Dean nie miał szczęśliwych wspomnień. W myślach jeszcze raz przeglądał wszystko, co wiedzieli, w nadziei, że natrafi na cokolwiek, co mogłoby pomóc.

(- Pamiętaj, Sam, to nie będzie Jessica, to nie będzie prawdziwe.)

Nad jeziorem znowu nie padał deszcz. Drzewa zbijały się w grupki i drżały, mimo że wiatr nie wiał i w powietrzu panował spokój.
Wyszła zza starego modrzewia. Miała tę samą cienką koszulkę, ciasno przylegającą do ciała, przez którą prześwitywał niebieski stanik. Nie powiedziała nic, tylko podeszła do niego i delikatnie musnęła wargami jego usta. Sam stał tuż obok i nie wiedział, co się dzieje, dlaczego Jessica całuje jego brata. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że to nieprawda, że Dean widzi Cassie i zaraz szepnie jej imię. Bo tak to przecież działa, prawda?
Dean uśmiechnął się, odsunął ją lekko od siebie i spojrzał na nią, jakby chciał się jej przyjrzeć, sprawdzić, czy się nie zmieniła, bo przecież tak dawno się nie widzieli. Przez głowę przemknęła mu myśl, że naprawdę chciałby ją pocałować, że oddałby za to wszystko, nawet jeśli ta Cassie nie była prawdziwa, nie była jego Cassie. Ale wtedy byłoby tak, jak w tej romantycznej balladzie, prawda?

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,
On pod tym jęczy modrzewiem.


- Ładnie wyglądasz, Wiero – powiedział w końcu i usłyszał, jak za jego plecami Sam wypuścił powietrze.
Cassie zniknęła. Przed nimi stała blada dziewczyna w potarganej, ociekającej wodą białej sukience. W lewej dłoni trzymała świecę, na której tańczył błędny ognik. W jej spojrzeniu był ból i obojętność. Dean wyciągnął nóż. Zawahał się.
- Jesteś pewien, Sam, że to jedyny sposób?
- Oddałeś jej imię, ale nie wrócisz jej życia, Dean.
- Ona nie jest zła. Jest tylko skrzywdzona.
- Za tydzień sprowadzi tutaj i zmusi do zdrady kolejnego faceta, odbierze męża, chłopaka, narzeczonego kolejnej dziewczynie, która przyjdzie tutaj i ofiaruje siebie. Wiera przestanie być Świtezianką, tak, ale stanie się upiorem. Nie będzie żyła. Pozwól jej odejść, Dean.
Wiera spojrzała na niego pustym wzrokiem i uśmiechnęła się lekko. Dotknęła dłoni, w której ściskał nóż z ostrzem ze srebra.
- Proszę, – powiedziała – uwolnij nas.

3.

Krople deszczu uderzają lekko o wzburzoną powierzchnię jeziora.

Nie ma nikogo, kto by je uspokoił.

Wiatr szeleści w konarach drzew.

Nie ma już w nich nikogo, kto by drżał ze strachu.

Chmury zasnuwają niebo i księżyc nie może oświetlić jeziora.

Nie ma nikogo, kto by je odpędził.

Woda w jeziorze oddycha głęboko, nie musi skrywać już tajemnic przeszłości.

Nie ma już nikogo, kogo trzeba by było ukrywać.


*

maj 2003, Strouds Run State Park, Ohio

Przez chwilę Deanowi zdawało się, że księżyc zasnuły chmury, a jasne wody jeziora pociemniały i stały się otchłanią bez dna. Wiekowe sosny zamieniły się w wychudzone, powykrzywiane, potwornie zniekształcone upiory, widma, które już zawsze będą mu przypominały, że nie zawsze prawda jest jedynym słusznym wyjściem. Patrzył na Cassie, w której oczach błyszczał strach. Odsunęła się i powoli zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia z lasu.

(- Jesteś wariatem, Dean. Odejdź.
- Cassie, proszę, pozwól…)

Stał nad jeziorem, które wcale nie zmieniło się w czarną dziurę i patrzył jak odchodzi, co jakiś czas oglądając się przez ramię, sprawdzając, czy na pewno za nią nie idzie. Pomyślał, że ojciec, jak zwykle, miał rację. Nie wiedział tylko, w czym. Nie powinien się z nią spotykać, czy nie powinien mówić jej prawdy?

(- Cassie, proszę, zostań.
- Nie, Dean. Zostaw mnie w spokoju.
- Cassie…)

Jeszcze długo stał nad jeziorem i czekał, aż świat zacznie się walić, czekał na jakieś oznaki, że się zatrzymał, że czuje jego ból, ale nic takiego się nie stało. Świat nie zwraca uwagi na prywatne dramaty, a Dean nie miał zamiaru być bohaterem jednego z nich. Za często bolało, żeby nie umiał sobie z tym poradzić. Zaklął i kopnął duży, okrągły kamień, którym Cassie bawiła się jeszcze dziesięć minut temu. Potoczył się po kamienistym podłożu i wpadł do jeziora. I to by było na tyle. Koniec. Wróci do motelu i rano wyjadą do kolejnego stanu, uratować kolejnych ludzi. A ojciec nigdy się nie dowie, że Cassie poznała prawdę.

(- Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Przyjadę.)

*

maj 2008, gdzieś na autostradzie w Alpach, Austria

Impala gładko sunęła po pustej szosie i systematycznie przyspieszała. Dean ćwiczył struny głosowe usiłując zagłuszyć wokalistę Split Habit i ryk silnika. Gdzieś tam, za wzgórzami zachodziło słońce. Dean sfałszował kolejny dźwięk i uśmiechnął się do siebie. Czuł się prawie jak w raju. On, jego maleńka i ponad sto na godzinę. Czego więcej mu trzeba do szczęścia?
- Dean, jesteś pewien, że wszystko w porządku?
A, tak, prawda… Odrobiny świętego spokoju.
- Dean! – Tym razem Sam nie dał się zignorować. Wyłączył radio.
- Eeeej, to mój ulubiony kawałek! – zaprotestował Dean.
- Poprzedni też był twój ulubiony. I ten wcześniejszy również. I jeszcze…
- Wszystkie od południa?
- Można to tak ująć – zgodził się Sam.
- No dobra, czego chcesz? – Dean postanowił zrezygnować z oporu. Przynajmniej chwilowo.
- Niczego, chcę wiedzieć, czy na pewno dobrze się czujesz…
- Wszystko w porządku, Sammy. Naprawdę – dodał, widząc sceptyczny wzrok brata.
- Nie wydaje mi się. Tam, nad jeziorem nie wyglądałeś najlepiej. Szczerze powiedziawszy wyglądałeś, jakbyś miał ochotę rzucić wszystko w cholerę, pocałować ją i mieć święty spokój.
- To by się nawet zgadzało.
- Dean!
- Mówię poważnie, miałem ochotę. Ale tego nie zrobiłem. To chyba zamyka sprawę, prawda?
- Może powinieneś odpocząć?
- Cóż, pomyślmy… Dlaczego zgodziłem się na tę wycieczkę do Europy? Bo mieliśmy jechać na wakacje. Jeśli odpoczynek według Sama Winchestera wygląda w ten sposób, to ja podziękuję.
- Ale skoro już tu jesteśmy, to możemy odpocząć naprawdę. Kiedyś chciałeś jechać do Amsterdamu.
- I do Wielkiego Kanionu.
- Dean…
- Nie, dzięki Sammy, ale wracamy do Stanów. Robota czeka.
Sam chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Dean włączył radio i znów zaczął wyć.
- Ale pogodziliście się z Cassie, prawda? – Sam jeszcze raz spróbował przekrzyczeć radio.

(- Dean?
- Cassie? Na pewno wszystko u ciebie w porządku?
- Tak, dlaczego pytasz?
- Śniłaś mi się dzisiaj.)