juana_a: ([hp] Hermione/Ron: just friends)
five by five ([personal profile] juana_a) wrote in [community profile] onemorecupofcoffee on October 1st, 2009 at 09:43 pm
fic: związki i rozwiązki (hp, Harry/Luna, ofc)
Tytuł: Związki i rozwiązki
Pairing: Harry/Luna, Tara Potter/Willow Malfoy
Ilość słów: 4 415
Ostrzeżenia: tekst pisany na potrzeby akcji Walę-tynki na Forum Literackie Mirriel*. zawiera femmeslash, crack, angst, fluff i śladową ilość przekleństw. plus niewielkie nawiązania do serialu Buffy, The Vampire Slayer.


Związki i rozwiązki



- Biorę ślub — powiedziała Tara tonem, którym kiedyś oświadczyła, że będzie w Slytherinie, że nie będzie zdawała owutemów z Obrony Przed Czarną Magią, i że wybiera się w podróż dookoła świata. Na miotle.

Harry prawie wypluł kawę, którą właśnie wypił i spojrzał na nią przerażony. Nie, nie chodziło o to, że jego córka właśnie oświadczyła, że bierze ślub, nie, z tym Harry radził sobie całkiem dobrze, w końcu miała już dwadzieścia jeden lat. Problemem był ton, jakim to powiedziała. Po tym tonie zawsze należało spodziewać się kłopotów. Spojrzał błagalnie na siedzącą po drugiej stronie stolika Lunę, jakby ona mogła zaprzeczyć jego obawom. Albo cofnąć czas. Albo zrobić cokolwiek. Ale Luna tylko uśmiechnęła się niewinnie i wzruszyła ramionami. Zero zrozumienia, pomyślał Harry.

- Nie chcę wiedzieć więcej, prawda? — zapytał na wszelki wypadek, a Tara tylko uśmiechnęła się radośnie i z entuzjazmem pokiwała głową. — Poczekaj, przygotuję się psychicznie.

- To dlatego, że nie czytasz gazet. Gdybyś czytał, już dawno byś wiedział — zauważyła.

- Czytam gazety — zaprotestował Harry, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widział Proroka Codziennego. Miesiąc temu? Dwa?

- Tak, jak ciocia Hermiona zmusi cię do przeczytania sprawozdania z posiedzenia Wizengamotu, na którym wygrała jakąś spektakularną sprawę. To nie jest „czytanie”. To „czytywanie”.

- To może ja najpierw przeczytam te gazety, a potem mi powiesz z kim? — spytał bez większych nadziei.

- Za późno. Z Willow.

Harry zamrugał oczami. Otworzył usta i zamknął je z powrotem. Tak, spodziewał się czegoś szokującego, czegoś, co zupełnie nie będzie mu się podobało. Spodziewał się właściwie wszystkiego. Poza tym.

- Z Willow. Willow… jaką? — zapytał na wszelki wypadek. Oczywiście, nie znał innej Willow i nie słyszał, żeby Tara znała inną Willow, ale ciągle gdzieś tam głęboko w nim tliła się malutka iskierka nadziei, że jego córka nie jest jednak aż tak zła i perfidna.

- Malfoy.

Mylił się. Była.

Harry wstał, założył płaszcz i bez słowa wyszedł z kawiarni.

*

- Jak poszło? — zapytała Willow, kiedy Tara zamknęła za sobą drzwi ich londyńskiego mieszkania.

- W sumie nie tak źle — stwierdziła Tara. Podeszła do Willow i pocałowała ją lekko. — Myślałam, że zrobi awanturę na całą kawiarnię i publicznie mnie wydziedziczy, a on tylko wstał i wyszedł. — Wzruszyła ramionami. — A jak u ciebie?

- Tata najpierw się wściekł, zbił jakiś antyk, naprawił go, porzucał książkami, a potem zauważył ironię i tak go to rozbawiło, że zapytał tylko, czy zaprosimy Buffy.

- Awwwww, czasami uwielbiam twojego ojca — rozczuliła się Tara.

- Taaaak, czasami mój ojciec mnie bawi.

*

Luna wyciągnęła z półki pudełko obklejone różnokolorowymi skrawkami materiału. Harry zawsze mówił, że to pudełko przypomina mu jej ulubione skarpetki. Wtedy trzymała w nim zdjęcia, które robili w tych wszystkich miejscach na świecie, do których ją zabierał, bo przecież nie mogli mieć normalnych randek w kawiarniach, klubach, teatrach, nie, nie oni. Na pierwszą randkę zabrał ją do Szwecji, żeby mogła poszukać chrapaków krętorogich. Szukał z nią, mimo że w nie wierzył i chyba właśnie wtedy tak straszliwie się w nim zakochała. Drugą randkę spędzili w Egipcie, teleportując się z jednego wierzchołku piramidy na drugi. Potem byli w Japonii, bo Luna chciała zobaczyć gejsze, w Nowej Zelandii, na Borneo i na Antarktydzie.

Potem do zdjęć dołączyły wycinki z gazet, w których o nich pisali, bo przecież życie miłosne Harry’ego Tego, Który Pokonał Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, kilka innych równie idiotycznych tytułów dalej Pottera było najbardziej interesującym tematem w świecie czarodziejów, a ona wydawała się tylko chwilową atrakcją, czymś nowym, świeżym, bo przecież Harry kochał Ginny Weasley i wszyscy widzieli, jaka z nich doskonała para. Wszyscy. Nawet Luna. Ale mijały miesiące, a oni ciągle zwiedzali świat, ona ciągle była nowością, a Harry ciągle nie wracał do Ginny.

A później poprosił ją o rękę i świat zwariował.

Luna westchnęła. Zdjęcia z wesela zawsze były jej ulubionymi. Nigdy wcześniej nie myślała, że może być ładna, ale ta mugolska suknia ślubna, którą wybrała dla niej Hermiona, i czary fryzjera, sprawiły, że nie tylko wyglądała, ale i czuła się jak wyjęta z bajki księżniczka. Tak ją zresztą nazywali. Księżniczka. Księżniczka z bajki o Harrym Potterze.

Tydzień po ślubie dziennikarze zaczęli się zastanawiać, kiedy będzie rozwód. Zamiast tego kilka miesięcy później Luna urodziła córeczkę, którą szybko okrzyknięto najpiękniejszym dzieckiem świata. To przez te oczy, mówiono, zielone oczy Harry’ego i nieobecne spojrzenie Luny.

Chcieli mieć więcej dzieci, ale niedługo potem wszystko zaczęło się sypać. Najpierw umarł ojciec Luny. Nie mogła sobie z tym poradzić, całymi tygodniami snuła się po domu z zapuchniętymi oczami. Na początku Harry starał się jej pomóc, co jeszcze bardziej wyprowadzało ją z równowagi, więc w końcu powiedziała, że potrzebuje czasu i wyjechała. Kiedy wróciła dwa tygodnie później, gazety pisały o romansie Harry’ego z Ginny. Harry zaprzeczył. Zaprzeczał codziennie i codziennie wychodził wieczorem, wracał późno w nocy lub nad ranem. W końcu Luna zabrała Tarę, wyjechała i wysłała mu papiery rozwodowe.

Właściwie nie wiedziała, dlaczego ciągle trzyma te wszystkie artykuły, skoro jedyne, co jej przynoszą, to ból. Nie, Luna nigdy nie wyleczyła się z miłości do Harry’ego, ciągle była w nim tak samo zakochana jak dwadzieścia dwa lata temu, kiedy zabrał ją do Szwecji i polował z nią na chrapaki krętorogie. I wyglądało na to, że ślub Tary wcale jej nie pomoże.

*

- Chcemy sukienki czy tradycyjne szaty? — zapytała Willow, przerzucając od niechcenia strony katalogu z modą ślubną. Sprawiała wrażenie niezwykle znudzonej.

- Sukienki. I ja chcę sukienkę mojej mamy, jest prześliczna — odpowiedziała Tara, odkładając na bok kolejny wzór zaproszenia. — Boże, dlaczego nikt nas nie ostrzegł, że z tym ślubem to tyle roboty, co?

- Nie wiem, powinno być ostrzeżenie i instrukcja obsługi. Tylko nie wiem, do czego należałoby ją dołączyć.

- Jesteś pewna, że nadal chcesz mieć ten ślub? — zapytała w końcu Tara po chwili milczenia, odkładając zaproszenia i patrząc poważnie na Willow.

- Jasne. Pierwsze strony wszystkich gazet będą nasze, kochanie. — Uśmiechnęła się figlarnie.

- Dobra, ubieraj się.

- Gdzie idziemy?

- Do mojej mamy. W końcu ona już jeden ślub przeżyła. Poza tym, przy okazji możemy wprowadzić w życie ten drugi plan. — Tara też odpowiedziała uśmiechem , a jej uśmiech, jak zwykle, zwiastował kłopoty.

*

Harry poprawiał właśnie przed lustrem krawat, kiedy płomienie na kominku strzeliły w górę, zmieniły kolor na zielony i wyłoniła się z nich otoczona złotymi lokami twarz Luny. Przez chwilę Harry miał wrażenie, że cofnęli się o dwadzieścia dwa lata i Luna zaraz uśmiechnie się promiennie na powitanie. Nie uśmiechnęła się. Właściwie nawet na niego nie patrzyła, unikała jego wzroku jak ognia, jak zawsze zresztą. Czasem Harry zastanawiał się, kiedy ostatnio Luna patrzyła mu w oczy i zawsze ostatnim razem, jaki potrafił sobie przypomnieć, był tamten wieczór dwadzieścia lat temu, ostatni wieczór ich małżeństwa.

Powoli odwrócił się od lustra i spojrzał w stronę kominka.

- Witaj, Luno — powiedział, podchodząc bliżej. — Co cię sprowadza? Dawno cię tu nie było.

Chcesz powiedzieć, że tęskniłeś? — prawie powiedziała to na głos, z ironią o jaką nigdy się nie podejrzewała.

- Mógłbyś wpaść do mnie na chwilkę? Dziesięć, piętnaście minut — odpowiedziała zamiast tego szybko, wyrzucając słowa z prędkością Avady.

Harry się zawahał. Coś było zdecydowanie nie tak. Luna nie zaprosiła go do siebie odkąd… Tak, od kiedy się wyprowadziła. Praktycznie z nim nie rozmawiała. Chyba że chodziło o Tarę. Ach, czyli chodziło o Tarę. Przez kilka sekund zastanawiał się, czy nie zapytać, nie wymówić się jakimś ważnym spotkaniem, nawet randką, ale jakaś część jego niemal skakała z radości. No tak, po dwudziestu latach jego była żona wreszcie pozwala mu wejść do swojego mieszkania i miałby z tego nie skorzystać? Nie byłby sobą.

- Jasne. Daj mi tylko dwie minuty, muszę…

- Harry? Z kim rozmawiasz?

Harry odwrócił się gwałtownie na dźwięk głosu Ginny. Spróbował dać jej znak, żeby nie wchodziła, bo może istniała jakaś maleńka szansa, że Luna jej nie usłyszała, ale Ginny już zaglądała mu ponad ramieniem.

- Oh, witaj, Luno — powiedziała, wyraźnie siląc się na uprzejmy ton.

- Witaj, Ginny — odpowiedziała Luna, nawet nie starając się być uprzejma, co Harry zauważył z pewnym zdziwieniem, ale zaraz potem doszedł do wniosku, że to jednak nie jest znowu takie dziwne. W końcu to o romans właśnie z Ginny go oskarżyła.

- To ja zaraz… będę… Tak, daj mi dwie minuty, zaraz tam będę. Chodź, Ginny. — Pociągnął ją za ramię niemal na siłę wyprowadzając z pokoju.

*

Luna wstała z podłogi i otrzepała ręce z popiołu. Jej twarz przypominała twarz jednej z tych przerażających porcelanowych lalek, które kolekcjonowała matka Willow. Tara pomyślała, że to nie wróży nic poza kłopotami. Dziura w planie? Nieprzewidziane okoliczności? Cóż, przewidziała prawie wszystkie, miała nawet specjalną listę. A najwyżej na liście była ciocia Ginny.

- Ginny — powiedziała Luna, zanim ktokolwiek zdążył zapytać, co się stało. kiedy mama usiadła w fotelu i zacisnęła dłoń na poręczy. Tara pogratulowała sobie w duchu, nie przypadkiem miała najwyższe oceny z wróżbiarstwa, w które nawet specjalnie nie wierzyła. Willow skinęła tylko głową, krzywiąc się lekko. Za to stojąca pod oknem ciocia Hermiona jęknęła i mruknęła coś o poważnej rozmowie. Co prawda nie sprecyzowała z kim, ale Tara niemal współczuła zarówno tacie, jak i cioci Ginny. Niemal. Z drugiej strony, zdecydowanie chciałaby być wtedy w tym samym pomieszczeniu.

Przez chwilę w pokoju panowała gęsta cisza, a potem płomienie strzeliły w górę, zmieniły kolor i wyłonił się z nich Harry. Tara uśmiechnęła się lekko, puściła oko do mamy i rzuciła mu się na szyję.

- Tato! Jak dobrze cię widzieć — zapiszczała, prawie jak wtedy, kiedy miała sześć lat i tata przywoził jej nowe prezenty z kolejnych zagranicznych podróży. Oczy Harry’ego rozszerzyły się ze zdumienia.

- Eee… Tak, ja też się cieszę — odpowiedział, wyswobadzając się z jej uścisku. — Zakładam, że powinienem się bać.

- Jak cholera — odpowiedziała Hermiona, krzyżując ręce na piersi i patrząc na niego z groźbą śmierci w oczach.

- Hermiona… Nie sądziłem… — Harry zawahał się, po czym odwrócił się i spojrzał na Lunę z irytacją. — Czy naprawdę zawsze musimy spotykać się w obecności twojego prawnika?

- Nie jestem tu jako jej prawnik, tylko jako jej przyjaciółka. I nie jesteś tu po to, żeby się kłócić, tylko żeby kogoś poznać.

- Naprawdę? Bo jakoś wcześniej nikt…

- Oh, zamknij się, tato — jęknęła Tara, przewracając oczami. — Chociaż raz postaraj się niczego nie zepsuć.

- Ale…

- Cicho — warknęła Hermiona. Harry zamknął usta i popatrzył na nią obrażony. Brakowało tylko, żeby pokazał język, pomyślała Tara i pokręciła głową.

- Tato, chciałabym ci przedstawić moją narzeczoną, Willow Malfoy — powiedziała po chwili ciszy. Willow wstała z fotela i podeszła do nich. Palce Tary lekko musnęły jej odsłonięte ramię.

- Miła pana widzieć, panie Potter. — Uśmiechnęła się najmilej jak potrafiła i wyciągnęła rękę do powitania.

Przez chwilę Harry milczał, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Pewnie zresztą nie wiedział. Dopiero po chwili, z wahaniem uścisnął lekko drobną dłoń Willow.

- Ciebie również, panno Malfoy —odpowiedział chłodno. — Przypuszczam, że teraz powinienem wam pogratulować i życzyć szczęścia.

- Dobrze przypuszczasz. — Twarz Tary zdobił teraz szeroki, niemal sadystyczny uśmiech, a w oczach Harry’ego odbijała się wyraźna obietnica poważnej rozmowy. Tara nie przejęła się tym zbytnio. Odbywała już wcześniej poważne rozmowy ze swoim ojcem. Wszystkie kończyły się tym, że ona robiła to, co chciała, a on nie odzywał się do niej przez miesiąc.

- Gratuluję. I życzę szczęścia — powiedział przez niemal zaciśnięte zęby. Hermiona zachichotała cicho. — To wszystko?

- Właściwie to nie — odpowiedziała Luna, odzywając się chyba pierwszy raz od tego krótkiego, zirytowanego „Ginny”, które rzuciła wstając od kominka. — Może usiądziesz? — zaproponowała słodko.

Harry znowu wyglądał, jakby się wahał. I jakby nie wiedział, co się właściwie dzieje. Co było doskonałym dowodem na to, że plan działał bez zarzutu. Miał wyglądać, jakby nie wiedział, co się dzieje. Usiadł na najbliższym krześle i nerwowo założył nogę na nogę.

- Musimy omówić listę gości — oświadczyła stanowczo Luna. — I umówić się na obiad z Malfoyami. Musimy zdecydować, czy wesele będzie w Malfoy Manor, w Dolinie Godryka, tutaj na Grimmauld Place, czy w jakimś innym miejscu — mówiła bardzo szybko, żeby nie mógł jej przerwać, żeby sprawić wrażenie, jakby to wszystko było najważniejszą rzeczą na świecie. Hermiona mrugnęła do niej porozumiewawczo i wyszła z pokoju mamrocząc pod nosem coś o jakimś procesie, na który się spóźni. — Tu jest lista, którą ułożyli Malfoyowie, tu jest lista Willow i Tary — dodała Luna, kładąc na stole długie karty pergaminu. — Musimy je przeglądnąć i zdecydować, kogo jeszcze chcemy zaprosić.

- A czy to nie może… — zaczął Harry, ale Luna natychmiast mu przerwała.

- Nie, to nie może zaczekać. Ty weź karty Malfoyów, ja karty dziewcząt — powiedziała stanowczo, patrząc na stojące w pobliżu, wyraźnie rozbawione Tarę i Willow, które tylko skinęły głowami i bezgłośnie poruszając ustami, powiedziały, że wpadną później, po czym bezszelestnie wyszły z pokoju, zostawiając przerażonego Harry’ego ze zirytowaną Luną.

*

Nikt nie miał wątpliwości, że będzie to ślub roku. Niektórzy mówili o ślubie stulecia. W przygotowania zaangażowane były największe firmy brytyjskiego świata czarodziejów, najlepsza firma planująca śluby, najsłynniejsze firmy cukiernicze i odzieżowe. Tydzień nie mógł minąć bez wzmianek w prasach i chociaż jednym dużym artykule o pannach Potter i Malfoy, które zresztą wcale nie zamierzały zwolnić tempa i przynajmniej raz w tygodniu pokazywały się w jakimś ekstrawaganckim miejscu i dawały kolejne powody do plotek.

Przez to całe zamieszanie Luna spotykała Harry’ego znacznie częściej, niżby sobie tego życzyła. A przynajmniej tak było na początku. Każde spotkanie kończyło się dziką awanturą, trzaskaniem drzwiami (jego) i łzami (jej). Potem była całonocna rozmowa z Hermioną, która za każdym razem obiecywała, że w końcu udusi Harry’ego własnymi rękami. Potem było łatwiej, nauczyli się rozmawiać i unikać bolesnych tematów, o których i tak myśleli cały czas.

Ciągle nie spotkali się z Malfoyami. Draco wyjechał w miesięczną podróż dyplomatyczną do Azji, więc umówili się na obiad tuż po jego powrocie. W międzyczasie zamówili zaproszenia w dzikich kolorach, które idealnie obrazowały naturę obu panien młodych, suknie dla druhen, ku zgrozie Harry’ego, w srebrno-zielonych kolorach, bo w końcu obie były w Slytherinie, kwiaty, świece i starali się wybrać między ofertami trzech najsłynniejszych zespołów muzycznych czarodziejskiej Brytanii.

Willow zdecydowała się zamówić suknię ślubną u mugolskiego projektanta. Nie dlatego, żeby jakoś specjalnie się jej podobały, chociaż w większości były naprawdę prześliczne. Głównie po to, żeby zdenerwować ojca, co oczywiście się jej udało, a Draco zagroził, że rzuci całą tę misję dyplomatyczną w cholerę i wróci tylko po to, żeby osobiście poczęstować ją Avadą. Willow powiedziała, że to miło, że się cieszy.

Tara nadal obstawała przy sukience Luny, która nie była zachwycona tym pomysłem i długo nie chciała się zgodzić, ale Tara potrafiła być uparta i przekonująca, więc w końcu Luna machnęła ręką i poszła na strych po pudełko, w którym od dwudziestu lat leżała jej ślubna suknia, którą jeszcze nawet teraz wspominano przy okazji co słynniejszego ślubu.

- Wow, na zdjęciach nie wygląda nawet w połowie tak pięknie — zachwyciła się Willow, kiedy Luna wyjęła suknię z pudełka i rozprostowała ją.

Suknia była przepiękna. Miała nieco przedłużony stan, długą, bardzo szeroką spódnicę ozdobioną miniaturowymi diamencikami i kwiatami z materiału. Nie była całkiem biała, raczej o kolorze kremowym albo masy perłowej. Luna doskonale pamiętała, że czuła się jakby była częścią Krainy Baśni.

- Przymierz — podała Tarze z uśmiechem. Nie musiała powtarzać tego dwa razy. Tara delikatnie wyjęła sukienkę z dłoni Luny i zniknęła za drzwiami.

Nie było jej tylko chwilkę. Kiedy wchodziła do pokoju, Luna prawie nie poznała swojego dziecka. To nie była ta Tara, która lubiła ubierać się w krzykliwe kolory i z dumą nosiła srebrno-zielone szaty nawet po ukończeniu Hogwartu. Uśmiechnęła się do niej, ale Tara nie patrzyła na nią, patrzyła na Willow, która podeszła do niej powoli, szepnęła jej coś do ucha i pocałowała delikatnie.

- I jak? — zapytała Tara, odwracając się do Luny.

- Wyglądasz przepięknie — odpowiedziała, podchodząc do niej i całując ją w czoło. — Przeczyszczę ją w tym tygodniu i przyniosę ci, jak będzie gotowa. Diamenty powinny błyszczeć bardziej i gdzieś tu jest chyba plama, którą przeoczyłam — mówiła, unikając jej wzroku, bo przecież to tylko głupia sukienka i ona nie powinna płakać, nie chciała płakać.

- Załóż ją, mamo — powiedziała Tara, łapiąc jej dłonie, które nerwowo poprawiały fałdki i rozprostowywały kwiatki.

- Ja…

- Tak, niech ją pani założy, proszę — poparła Tarę Willow i Luna pokręciła głową zrezygnowana.

Trochę się tego bała, tych wszystkich wspomnień zaklętych w niedotykanej przez dwadzieścia lat sukni i wszystkie wróciły, kiedy tylko materiał podszewki dotknął jej nagiego ciała. Tara zasunęła suwak i Luna puściła ciągle długie, proste włosy, które lekko uderzyły o odsłonięte plecy.

Poszły do pokoju. Tara otworzyła drzwi, Luna uśmiechnęła się nerwowo i uniosła głowę, ale zamiast Willow, która miała na nie czekać, zobaczyła Harry’ego, który zamarł w pół słowa i przez długą chwilę nic nie mówił, a w jego oczach odbijała się Luna, ta Luna, w której zakochał się do szaleństwa, ta Luna, którą była dwadzieścia dwa lata temu.

- Mój Boże, wyglądasz przepięknie — powiedział Harry, podchodząc do niej, jakby nic się nie zmieniło, jakby nie było między nimi tych dwudziestu lat bólu i wzajemnego oskarżania się o zniszczone szczęście.

- Dziękuję — odpowiedziała cicho, starając się nie patrzeć mu w oczy. Gdzieś za nimi cicho zamknęły się drzwi. — Przyszedłeś, bo…

- Tara mówiła, żebym przyszedł — wyszeptał, a jego twarz nagle znalazła się niebezpiecznie blisko jej twarzy. Przez jedną krótką sekundę Luna rozważała, czy się nie odsunąć, tak podpowiadał głos rozsądku. Ale przecież ona nigdy go nie słuchała, prawda?

- Tara…

- Tak — odpowiedział, a potem pochylił się i pocałował ją. Najpierw delikatnie, jakby się bał, że ucieknie, potem coraz bardziej gwałtownie, jakby czekał na to latami. Odpowiedziała mu z niemal równą tęsknotą. Jego usta były ciepłe i spragnione, smakowały kawą, jak wtedy dwadzieścia lat temu, kiedy pocałowała go po raz ostatni.

*

- I wtedy ją pocałował! — powiedziała podekscytowana Tara, machając przy tym rękami tak, że prawie wylała kawę, którą kelnerka właśnie przed nią stawiała.

- Ha, świetna robota dziewczyny — Hermiona zachichotała prawie jak nastolatka. — Myślałam, że zajmie nam to jeszcze jakieś dwa tygodnie, ale akcja z sukienką była pierwszorzędna. Teraz trzeba tylko pilnować, żeby tego nie zepsuli, to do waszego ślubu spokojnie wszystko uda się naprawić.

- Jasne, nie martw się ciociu, już nasza w tym głowa, żeby tego nie zepsuli, nie pozwolimy im.

- To teraz inna ważna sprawa — wtrąciła lekko Willow, wyjmując z torebki kawałek pergaminu i pióro.

- Jaka? — zapytała Tara, wracając do ślubnej rzeczywistości.

- Padma pytała, czy wybrałyśmy już piosenkę. Bo wybór piosenki może nam ułatwić wybór zespołu.

- W jaki sposób?

- Nie wiem, mówiła coś, że jak wybierzemy piosenkę jednego z tych zespołów, to po prostu na całe wesele weźmiemy ten zespół, czy coś. Ona jest bardzo skomplikowaną kobietą.

- Ale przecież oni nie grają naszej piosenki — stwierdziła Tara, a Willow wzruszyła ramionami.

- A jaką wybrałyście piosenkę? — zapytała Hermiona, pijąc swoją kawę i starając się zachować powagę. Nie, nie miała pojęcia, jaką piosenkę mogły wybrać Willow i Tara.

- Oczywiście, że Under Your Spell — powiedziała Tara, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Cóż, w zasadzie mogła być.

- Buffy? — zapytała Hermiona z rozbawieniem.

- Buffy — odpowiedziały równocześnie. Uśmiechy tylko miały wyglądać na niewinne.

*

Pokłócili się na tydzień przed ślubem. Wszystko było prawie dopięte na ostatni guzik, po długich dyskusjach udało im się wyperswadować Willow i Tarze wściekle zielony kolor zastawy i dekoracje z pajęczynami po kątach, nawet z Malfoyami dogadywali się na jakimś przyzwoitym poziomie. Od tamtego wieczoru z przymierzaniem sukienki pocałowali się jeszcze kilka razy i Luna była pewna, że za każdym razem Willow i Tara maczały palce w tych wszystkich romantycznych sytuacjach, w których przypadkiem się z Harrym znajdowali. Na przykład ten incydent z kwiatami. Wybierały kwiaty do ozdoby stołów, Padma przywiozła im próbki, wzory, zdjęcia i kazała wybierać. Jakimś dziwnym trafem wśród zdjęć ilustrujących przykładowe dekoracje znalazły się zdjęcia z ich ślubu. I jakimś niezrozumiałym zrządzeniem losu Harry wszedł do pokoju właśnie w chwili, w której Luna oglądała te właśnie zdjęcia. Jeszcze dziwniejsze było to, że pięć sekund później Willow i Tary nie było już w pokoju, a Harry całował ją na powitanie. Tak, same przypadki.

W ostatnią sobotę przed ślubem umówili się na kawę. Nie czuła się najlepiej, więc on przyszedł do niej, po drodze kupując jej kawę z cynamonem i bitą śmietaną. Przez chwilę siedzieli tylko i w milczeniu pili swoją kawę, zastanawiając się, od czego zacząć, bo przecież nie spotkali się tylko po to, żeby wypić kawę, a o tamtych pocałunkach też musieli kiedyś porozmawiać.

- Idziesz z kimś? — zapytał w końcu Harry, a Luna podniosła wzrok i spojrzała na niego lekko nieprzytomnie, jakby nie zrozumiała pytania. — Na ślub — dodał więc, patrząc na nią wyczekująco.

- A, to. Nie, chyba nie — odpowiedziała, nerwowo zakładając kosmyk włosów za ucho. — A ty? Przyprowadzisz Ginny? — zapytała, i wcale nie zabrzmiało to tak neutralnie, jak powinno. Harry westchnął.

- Naprawdę mogłabyś ją już zostawić w spokoju, wiesz? — zauważył nieco zirytowany.

- Och, naprawdę tak myślisz? Najpierw mnie z nią zdradzasz…

- Nigdy nie zdradziłem cię z Ginny — wtrącił Harry zmęczonym głosem, ale Luna wydawała się go nie słuchać.

- … a po dwudziestu latach od rozwodu i tak zastaję ją w twoim mieszkaniu! Naprawdę powinnam… — przerwała, jakby dopiero teraz coś do niej dotarło. — Możesz powtórzyć?

- Nigdy nie zdradziłem cię z Ginny.

- I myślisz, że tak po prostu w to uwierzę?! Harry, na litość boską, znikałeś na całe noce, a na drugi dzień na pierwszych stronach były wasze zdjęcia!

- Nigdy nie zdradziłem cię z Ginny. Na litość boską, czy naprawdę nie powinnaś bardziej ufać mi niż jakimś zakłamanym, szukającym sensacji dziennikarzom?!

- Na jakiej podstawie?

- Byłem twoim mężem!

- Znakomity powód, naprawdę! Myślałby ktoś, że od słynnego Harry’ego Pottera można by się spodziewać nieco większej pomysłowości.

- To ty mnie odtrąciłaś, Luna, nie pozwalałaś sobie pomóc, nie dopuszczałaś mnie do siebie!

- Mój ojciec umarł, do cholery, potrzebowałam czasu!

- A ja potrzebowałem ciebie!

- Dlatego poszedłeś do… — nie skończyła, bo nagle Harry zerwał się z krzesła, podszedł do niej i zamknął jej usta pocałunkiem. Przez moment chciała się wyrwać i dokończyć, ale to przecież i tak nie miało znaczenia, oboje wiedzieli, co chciała powiedzieć, a ten sposób przecież zawsze skutkował tak samo dobrze. Czasami nawet lepiej niż dobrze.

Pomógł jej wstać i pchnął ją na ścianę. Jej plecy zetknęły się z płaską powierzchnią w tej samej chwili, kiedy drobne palce odnalazły pierwszy guzik jego koszuli. Całował jej szyję, jednocześnie gorączkowo starając się zdjąć z niej bluzkę, przeklinając mugolskie topy bez guzików.

Nie trafili do sypialni, ale przecież prawie nigdy tego nie robili. Wystarczyła im zimna ściana, ciepły, miękki dywan w salonie. Ubrania były porozrzucane dookoła, ale przecież to nie było ważne. Ważne było to, że jej włosy znowu pachniały cynamonem, tak samo jak dwadzieścia lat temu, a jego usta smakowały kawą.

*

O tym ślubie będzie się mówić przez następnych kilka lat, pomyślała Tara stając w drzwiach domowej kaplicy Malfoy Manor. Mocniej zacisnęła dłoń na ramieniu ojca i obejrzała się. Willow wyglądała na tak samo zdenerwowaną jak ona, a mina Draco była niemal identyczna jak ta, którą prezentował Harry. Było to coś jak mieszanka rozbawienia, irytacji, wzruszenia i zniecierpliwienia. Zwłaszcza to ostatnie zastanawiało Tarę. Albo raczej zastanawiałoby ją, gdyby miała czas o tym myśleć. W tej chwili ołtarz zbliżał się coraz bardziej, suknie szeleściły ocierając się o krzesła, dywan, spodnie i siebie nawzajem, ze sklepienia spadały płatki margerytek, a organy grały Marsza Weselnego Mendelssohna, bo pani Malfoy nie dała sobie tego wybić z głowy.

Harry włożył jej dłoń w dłoń Willow i razem z Draco odeszli na bok. Tara uśmiechnęła się do Willow i mrugnęła porozumiewawczo, kiedy kątem oka zauważyła, że jej ojciec podszedł do Luny, która dotknęła pieszczotliwie jego ramienia. Wyglądało na to, że wszystko poszło dokładnie tak, jak to zaplanowały.

Urzędniczka Ministerstwa Magii wyglądała zabawnie w swojej czerwonej szacie i milionie ciężkich, tradycyjnych łańcuchów. Trochę za dużo mówiła, ale Tara niespecjalnie zwracała na to uwagę. No, może trochę ją to zirytowało i znudziło, co najbardziej boleśnie odczuły biedne łodyżki Bogu ducha winnych kwiatków w jej bukiecie. W końcu ktoś odchrząknął, wystarczająco głośno, żeby urzędniczka zrozumiała aluzję i wróciła do rzeczy. Tara była niemal pewna, że był to Harry. W końcu już na początku wyglądał na zniecierpliwionego.

Przysięgi napisały same. Bo taki miały kaprys, a one zawsze robiły co chciały. Taki już przywilej rozpieszczonych jedynaczek. Było tam coś o na dobre i na złe, może trochę bardziej ozdobnie powiedziane, było coś o niemieniu dzieci i długich podróżach do nieba, a na koniec jedno zdanie z gatunku tych, po których ciocia Hermiona zawsze mówiła „za dużo informacji”.

- Możecie się pocałować — powiedziała w końcu urzędniczka z uśmiechem. Akurat tego nikt nie musiał im dwa razy powtarzać. Tara przysunęła się do Willow, starając się nie nadepnąć na żadną suknię obcasem. Willow nie przejęła się sukienkami. To ona pierwsza pocałowała Tarę, jakby przez całą ceremonię tylko na to jedno czekała. Cóż, właściwie ona też nie czekała na nic innego. Nawet ta szokująca przysięga i wrażenie, jakie wywołała, nie mogły się równać z pierwszym pocałunkiem po ślubie.

Gdzieś ze sklepienia pierwszy raz popłynęło Under Your Spell.

Kiedy w końcu oderwały się od ciebie, prawdopodobnie tylko dlatego, że musiały wziąć oddech, Willow trąciła ją lekko w ramię. Tara obróciła głowę. Zobaczyła swoich rodziców i chyba bardziej namiętny pocałunek niż jej własny sprzed kilku sekund. Najwidoczniej nie tylko one przez całą ceremonię czekały tylko na to.

*

Dużo później, po prezentach, gratulacjach, życzeniach, tortach, toastach, tańcach i milion razy powtórzonym Under Your Spell, po tym, jak wszyscy zorientowali się, że panie młode zniknęły w niewyjaśniony sposób, nie wiadomo kiedy i gdzie, za to doskonale wiadomo po co, długo po tym, jak sami wymknęli się Malfoy Manor, Harry i Luna leżeli na łóżku w sypialni Harry’ego i wpatrywali się w gwiazdy widoczne na sklepieniu.

Luna pomyślała, że nawet nie wiedziała, jak bardzo tęskniła za tymi gwiazdami.

Obróciła lekko głowę, szukając wzroku Harry’ego. Pochylił się i pocałował ją lekko w usta. Nie miała pojęcia, jak to robił, ale nadal smakował kawą, a ona już nawet nie pamiętała, kiedy pili ostatnią. Pomyślała, że teraz już na pewno wszystko będzie dobrze. A jeśli teraz już na pewno wszystko będzie dobrze, mogła zadać pytanie, nad którym myślała przez cały ostatni tydzień.

- Harry?

- Mmmm… — mruknął w odpowiedzi, całując jej szyję.

- Z kim mnie wtedy zdradziłeś? — zapytała z beztroskim uśmiechem. Harry się zawahał.

- Dlaczego nadal myślisz, że cię zdradziłem? Powiedziałem ci przecież…

- Że nigdy nie zdradziłeś mnie z Ginny — dokończyła za niego. — To sugeruje, że zdradziłeś mnie z kimś innym. Z kim?

- Ale jak ci powiem, to nie wyrzucisz mnie z łóżka, tak?

- Zwariowałeś? Oczywiście, że nie.

- Uffff. I nie zabijesz mnie, tak?

- Nie. I nigdzie nie zniknę — obiecała całując go lekko w usta. — Z kim? — powtórzyła, a Harry zachichotał, zanim odpowiedział.

- Z Draco Malfoyem.

_______________________________
* tekst został napisany do następującego streszczenia:
Na początku była miłość - równie wielka, co niespodziewana. Potem ślub, małżeństwo i zazdrosne spojrzenia tych, którzy nie mogli się nadziwić, jak zgodna i szczęśliwa to para.
Potem przyszedł rozwód, a wraz z nim bolesna świadomość, że po tym, co się stało, nie mogą dłużej być razem. Luna zarzuciła Harry’emu zdradę, on jej lekceważenie.
Teraz łączy ich tylko ich Tara - piękna, młoda dziewczyna, ich jedyne dziecko i najdroższy skarb. Tara, której nieoczekiwana decyzja każe im wrócić do przeszłości, by na nowo przeżyć dramatyczne wydarzenia sprzed lat...

 
( Read comments )
Post a comment in response:
From:
Anonymous( )Anonymous This account has disabled anonymous posting.
OpenID( )OpenID You can comment on this post while signed in with an account from many other sites, once you have confirmed your email address. Sign in using OpenID.
User
Account name:
Password:
If you don't have an account you can create one now.
Subject:
HTML doesn't work in the subject.

Message:

 
Notice: This account is set to log the IP addresses of everyone who comments.
Links will be displayed as unclickable URLs to help prevent spam.